Demokracja pozorowana

Fundamentem i niezbywalnym elementem ładu demokratycznego jest wolność słowa i możliwość debaty publicznej we wszystkich istotnych sprawach społecznych. Polityka rozumiana jako roztropna troska o dobro wspólne wymaga aktywności obywateli w rozwiązywaniu sporów zbiorowych oraz wypracowywaniu optymalnych kierunków rozwoju państwa i społeczeństwa.

Praktyka polityczna i standardy obowiązujące w naszym kraju jaskrawo odbiegają jednak od tych pryncypiów. O ile bowiem w przestrzeni publicznej możliwa jest nieskrępowana dyskusja na tematy społeczne, gospodarcze, czy też światopoglądowe, to kontestowanie polityki zagranicznej naszego państwa, czy nawet stawianie pytań w tym zakresie, stanowi swoiste tabu. Przykładem tego jest chociażby nagonka medialna na polityka, który w kontekście wojny domowej na Ukrainie odważył się powiedzieć, że „strzały padają po obu stronach barykady”. Nie mówię już o głosach krytycznych wobec polityki USA i NATO w konflikcie rosyjsko-ukraińskim, gdyż wyraziciele takich poglądów stygmatyzowani są jako zdrajcy i rosyjscy agenci. To ucina wszelką dyskusję, gdyż trawestując stwierdzenie jednego z I sekretarzy PZPR – „z agentami się nie rozmawia, do agentów się strzela”. Można postawić pytanie, co jest przyczyna politycznej histerii i nagonki medialnej na każdego, kto w sposób krytyczny i niezależny podejmuje dyskusję w sprawach polskiej polityki zagranicznej? W tym sektorze zniesione zostały bowiem wszelkie reguły i standardy obowiązujące w państwie demokratycznym, zgodnie ze stwierdzeniem ministra Grzegorza Schetyny, iż w sprawach międzynarodowych obowiązuje jednomyślność.

Nie ulega wątpliwości, że opisywany stan rzeczy wynika z przyjętego dogmatu, iż jedynym gwarantem bezpieczeństwa państwa jest sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, stanowiący wyznacznik swoiście pojmowanej polskiej racji stanu. Z tej tezy wynika następny dogmat, stanowiący, że w polityce międzynarodowej powinniśmy „mówić jednym głosem”, a każdy kto ma odmienny pogląd w tej kwestii jest agentem rosyjskim, a w najlepszym przypadku „użytecznym idiotą”. Absurdalność tego typu apriorycznych założeń jest łatwo dostrzegalna, a mimo tego trafia na podatny grunt. Wynika to niewątpliwie z głęboko zakorzenionych w naszym społeczeństwie uprzedzeń i fobii antyrosyjskich, częściowo uzasadnionych historycznie, jednak całkowicie oderwanych od obecnej rzeczywistości. Politycy głównego nurtu zręcznie wykorzystują te resentymenty, przywołując zbiorową pamięć historyczną w kontekście takich wydarzeń jak: wojna 1920 roku, 17 września 1939 roku, zbrodnia katyńska, a nawet… katastrofa smoleńska. Jednocześnie panuje całkowita zmowa milczenia dotycząca chociażby rzezi wołyńskiej i innych zbrodni ukraińskich nacjonalistów, a także polsko-rosyjskiego czynu zbrojnego w trakcie II wojny światowej. Świadomie zaciera się pamięć o żołnierzach Armii Ludowej, I Armii Wojska Polskiego i LWP, bądź szkaluje się ich dobre imię. Jednocześnie z pełnym zrozumieniem podchodzi się do zbrodniarzy UPA, przedstawianych jako bojownicy o wolna Ukrainę.

Przywołujący rachunki krzywd szermierze antyrosyjskiej propagandy, starają się przy tym udowodnić, że interesy geopolityczne Polski i Rosji są z zasady sprzeczne. Argumenty to niepoważne, gdyż w polityce międzynarodowej nie ma stałych wrogów i stałych przyjaciół, jak również nie ma sympatii i antypatii, lecz bieżące interesy. Biorąc pod uwagę okoliczność, że Polska i Rosja nie maja ani sporów terytorialnych, ani też narodowościowych (w przeciwieństwie do relacji polsko-litewskich i polsko-ukraińskich) – eskalacja konfliktu wydaje się zupełnie irracjonalna. Pytanie, czy sytuacji tej doprowadziła presja „wielkiego brata”, czy też nadgorliwość jego wasala, pozostaje otwarte. Z cała pewnością jednak, rozumienie kwestii geopolitycznych przez klasę polityczna rządzącą naszym krajem zatrzymało się na etapie zimnej wojny i nie wykracza poza ciasne doktrynerskie paradygmaty koncepcji Giedroycia-Mieroszewskiego.

Ale nie tylko historia jest przedmiotem zniekształceń i manipulacji. Dotyczy to w jeszcze większym zakresie spraw bieżących. Przekaz medialny dotyczący wojny domowej na Ukrainie jest całkowicie jednostronny i wyjęty z kontekstu ogólnej sytuacji geopolitycznej. W wersji przyjętej przez mainstreamowych polityków oraz oficjalne media, przyczyną konfliktu jest wyłącznie „agresja rosyjska” na Krym oraz wspieranie separatystów na wschodzie Ukrainy. O rzeczywistych inspiratorach wydarzeń na Majdanie oraz zamachu stanu w Kijowie – ani słowa. Tak samo jak o faktycznych nastrojach ludności we wschodniej Ukrainie. Niezależna i bezstronna ocena wydarzeń na Ukrainie zacierałaby bowiem sugerowany wizerunek Rosji jako „państwa zbójeckiego”. Nie muszę dodawać, że tego rodzaju przekaz medialny jako żywo przypomina propagandę minionej epoki, straszącą imperializmem amerykańskim i rewizjonizmem zachodnioniemieckim. Etykieta „agentów rosyjskich” przypomina również znany z historii mechanizm stygmatyzacji i szukania „kozła ofiarnego”. W zależności od czasu i miejsca byli nim w przeszłości – „wrogowie ludu”, „kułacy”, „żydzi”, czy też „faszyści”. Doprawiona gęba uniemożliwia przedstawienie racjonalnych argumentów i kończy dyskusję. Taki też charakter miała odmowa wpuszczenia do studia telewizyjnego przedstawicieli partii „Zmiana” w programie „Młodzież kontra”.

Reasumując – w logice systemu nie mieści się dopuszczenie ewentualności, że krytyka polskiej polityki zagranicznej może wynikać z pobudek patriotycznych, wypływających z troski o kraj, dążenia do zachowania pokojowych relacji z naszymi sąsiadami oraz obaw związanych z udziałem Polski w wojnie. Każdy kto nie zajmuje jednoznacznego stanowiska w konflikcie rosyjsko-ukraińskim jest elementem politycznie podejrzanym, który winien być wyeliminowany z dyskursu publicznego. Wszakże „ministerstwo prawdy” zadekretowało już kto ma rację – bezspornie i bezapelacyjnie.

MICHAŁ RADZIKOWSKI

About Author

Skontaktuj się ze mną: